Teneryfa i jej czarne plaże. Wymarzony honey moon

Każdy, kto wybiera się na Teneryfę, ten zapewne usłyszy, że nocować to trzeba na południu, a na północ ewentualnie tylko zajrzeć. Bo przecież złote plaże tylko na południu, tam też zawsze ciepło i wesoło. No tak, tylko to zależy, kto czego szuka. Zrobiliśmy podczas naszej podroży poślubnej dokładnie odwrotnie, niż nam radzono. Mieszkaliśmy i eksplorowaliśmy północ, a na południe tylko zajrzeliśmy na pół dnia. Tyle wystarczyło. Północ jest zielona, autentyczna, teneryfiańska. Na południu zaś nie spotkaliśmy mieszkańców, a samych turystów. Co zapamiętam z dwóch tygodni, jakie spędziliśmy na Teneryfie?

  1. Teneryfa ma tak łagodny klimat, że człowiek po prostu świetnie się czuje, choćby zarwał całą noc. Nie boli głowa, nie bolą stawy i w krzyżu nic nie strzyka. Nie żebyśmy w Polsce czuli się jak staruszkowie, ale tu zawsze palec i główka, a tam nic. Wyspa zdrowia i sił witalnych.
  2. Cortado leche y leche. Gdy w kraju pogardzam słodką kawą z mlekiem, pijąc gorzką i zagryzając ewentualnie czymś słodkim, na wyspie kilka razy dziennie sączyłam kawę tak, jak tubylcy – espresso z podwójnym mlekiem zwykłym i skondensowanym (!). Słodka, gęsta, warstwowa. Wpadłeś między wrony, kracz jak one. A więc upijałam się tą kawą, czując jak w niebie.
  3.  Muzyka latynoska. Kocham salsę, muzykę i taniec. Teneryfa niemal zaspokoiła mój niezaspokajalny głód na te rytmy. Na każdym kroku słyszeliśmy salsę i bachatę: z samochodów na ulicy, z głośników, w kawiarniach. Wszystko to dzięki potomkom emigrantów, którzy po latach kryzysu, powracają z Ameryki Południowej tu, gdzie ich korzenie. I przywożą ze sobą tą wspaniałą muzykę.
  4. Wulkan. Nie chcieliśmy stać w kolejce do…kolejki wjeżdżającej na wulkan Teide, najwyższy szczyt hiszpański. Postanowiliśmy więc wejść tam na pieszo. Mieliśmy w plecaku buteleczkę wody i po jednej kanapce. Do tego lekkie buty, wcale nie trekkingowe. Doszliśmy do schroniska Altavista na wysokości 3270 m. Wycieńczeni, spragnieni, głodni. Jednak szczęśliwi, bo to co widzieliśmy, to nasze. Hardcorowy spacer ponad chmurami był jedną z większych przygód w moim życiu.
  5. NIE dla Loro Park. Nigdy więcej nie odwiedzę żadnych parków rozrywki ze zwierzętami. „Musicie tam iść!”. Tak krzyczy każdy przewodnik. Szkoda, że wtedy nieco bezmyślnie dałam się porwać tym reklamom. Na miejscu niby wszystko wydaje się ze zwierzętami ok, o czym stale przypomina park. Dopiero kilka miesięcy później obejrzałam dokument “Blackfish” i zaczęłam czytać na ten temat. Nie musicie iść do Loro Park. Orki są piękne, ale na wolności.
  6. Czarne plaże są super. Co prawda piasek koloru smoły zniszczył mi strój kąpielowy, bo drobinek nie dało się niczym usunąć. Ale! Te plaże są odświeżające dla oczu przyzwyczajonych do innej kolorystyki. Dlatego nie rozumiem zachwytu nad plażami południa z piachem przywiezionym z Sahary po to, by zatrzymać w tej części wyspy turystów. Dzięki temu Teneryfiarze mogli mieć zieloną północ tylko dla siebie;) Sprytne!
  7. Chamorga. Mała, zagubiona wioska w górach Anaga. Nikogo nie spotkaliśmy na szlaku wychodzącym z wioski nad ocean. Zaszło słońce i zrobiło się prawie czarno, choć był jeszcze dzień. Wiał wiatr z ogromną prędkością, a w opuszczonym kościółku dyndała lalka na sznurku.. Miejsce pełne mocy, być może jakichś wyspiarskich demonów. Z najpiękniejszą przyrodą, jaką widziałam. I domowym winem zagryzanym najlepszym kozim serem.
  8. Masca. Kanion miazga. Nic dodać, nic ująć. Trzeba tam być i tamtędy iść.

Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz
Twój komentarz

NAME
EMAIL
WEBSITE
COMMENT

Kolejny wpis

Gościnna Turcja nie dla idiotów. Wybrzeże Likijskie i Antalya